DoWartościownia

Moje Story

Od zawsze tworzyłam opowieści. Część spisywałam, część zachowywałam w głowie, żeby jakoś potem dopasować je do swojego życia. Pełne pasji i emocji, wyraźne, ciekawe, opisujące kogoś, kim według siebie z tamtego okresu, nie miałam szansy się stać. Byłam zbyt kiepska, żeby chociaż zbliżyć się do ideału masek, które sama sobie stworzyłam. Chowanie się za fantazjami wychodziło mi całkiem dobrze, chroniło mnie i oddalało moment konfrontacji z Prawdziwym Ja, które rozsypane i porzucone, nie chciało dać mi spokoju i przestać wlec się za mną przez kolejne etapy edukacji. Jedna maska do szkoły, inna na spotkanie ze znajomymi, oryginalna i strojna dla tych, na których mi zależało. Odświętna na spotkania rodzinne. Zaczęłam gubić się w ich ilości i przeznaczeniu. Obudowana teoriami, w które nie wierzyłam, sama przez siebie wepchnięta w subkulturę, z którą się nie utożsamiałam, napawałam się pozornym sukcesem “bycia sobą”. Maska spadła pewnego dnia, którego nigdy nie zapomnę, choć nie do końca dzisiaj potrafię nawet go opisać.

Wpatrując się w siebie, tę prawdziwą, stojącą przed lustrem, zrozumiałam, że czuję wstręt. I nienawiść. Zniknęły maski – rozpoczął się proces samowyniszczania. Nie udawałam już kogoś, kim nie jestem, a skoro byłam pomyłką, nie miałam prawa do relacji. Ani do miłości, czy nawet cienia uwagi. Odcięta od wszystkich, którzy próbowali mi pomóc, zajęłam się karaniem własnego ciała za to, że nie spełniało moich oczekiwań. Rygor, drastyczne środki i brak zrozumienia dla siebie samej sprawiły, że ocknęłam się w samym środku sadyzmu, wymierzonego w siebie samą. Kiedy już nie umiałam normalnie spojrzeć w lustro, bo widziałam tam coś, co nie istnieje, w ostatnim akcie desperacji spróbowałam przez chwilę poszukać kogoś, kim byłam. Nie znalazłam. Spętane toksycznym wstydem Ja chowało się przede mną. Samozjadający się, wygłodzony organizm odmawiał mi pomocy i ostatecznie odmówił posłuszeństwa, zmuszając mnie do tego, żebym zaczęła jeść. Wychodzenie z anoreksji jawiło się jako sukces, dopóki nie zrozumiałam, że to kolejny most do szukania kogoś, kim nie jestem.

Rzuciłam się w katorżniczy system ćwiczeń, wmawiając sobie, że ciało, którego pragnę, zrobi ze mnie osobę, którą chcę się stać. W międzyczasie odrzuciłam relację, która, z perspektywy czasu, już wtedy mogła być dla mnie ratunkiem od sztucznej samej siebie. Sama, pełna frustracji, żyjąc w systemie zadaniowym, pędziłam do celu, który miał zmienić wszystko. Wreszcie tak, miałam to. Zrobiłam to – stanęłam na scenie w zawodach sylwetkowych, nadal szalenie niezadowolona z własnego ciała. Pogardę i gorycz ukryłam pod szerokim, ale sztucznym uśmiechem. Przecież nie byłam wystarczająco dobra. Porównując się do konkurentek zastanawiałam się, co ja tam robię. Za mało. Za mało się starałam. Chciałam definiować się jako zawodniczka, mieć coś, czego można się uczepić, więc poszłam dalej. Nowe przygotowania i kolejne zawody przyniosły konsekwencje zdrowotne, których nie uda mi się pozbyć do dnia dzisiejszego. Uśmiech, poza i płacz pod sceną. Trudno było zobaczyć prawdę. Jeszcze trudniej przestać się szufladkować. Ciąg dalszy udawania kogoś, kim nie jestem. W teorii zaczynałam wyglądać tak, jak chcę, ale wewnętrznie nadal byłam zgnieciona. Moją pewność siebie budowały pochlebne komentarze innych. Żyłam pod ostrzałem atencyjnych spojrzeń, prowokowałam, żeby zachłysnąć się chwilową akceptacją. Zastępowała mi brak własnej. Rozchwiana i niestabilna, nie umiałam złapać “siebie” w relacjach. Każde słowo nie niosące uwielbienia odnosiłam do siebie, pogłębiając rozłam pomiędzy tym, co wymyślone, a tym, co rzeczywiste. Nie widziałam, że staję się toksyczna. Odpychałam od siebie osobę, która widziała strzępki autentycznej mnie. Fakt, że ją pokochała, tę prawdziwą, nie miał dla mnie znaczenia. Przecież prawdziwa ja byłam beznadziejna. Jak można myśleć poważnie o czymś takim.

Skończyły mi się role. Nie miałam już nowego pomysłu, kim mogę być, żeby nie być sobą. Sprawę utrudniały spychane na bok, a manifestujące się coraz silniej preferencje seksualne. Doskonale wiedziałam, czym jest to, czego unikam i czego pragnę, a na co sobie nie pozwalam. Pozostawało na nowo odciąć się od realnego Ja, intuicji i wglądów w siebie. Ciężka praca, która niezmiennie drylowała mnie z energii. Jedna rozmowa, w której na chwilę odrzuciłam tę koncepcję, bezpowrotnie zmieniła moje postrzeganie, co jest właściwie dobre. Po raz pierwszy, zupełnie szczerze i otwarcie, pokonując strach, przekonania i wymyślone przez siebie konsekwencje, powiedziałam o tym, co we mnie najprawdziwsze. W zasadzie napisałam, w rozmowie przez komunikator. Migający kursor w okienku rozmowy wydawał mi się czymś potwornym. Myślałam, że ucieknę, wyloguję się, zniknę. Znów zacznę wymyślać siebie na nowo. Wiadomość zwrotna była krótka. Nie zawierała ocen, opinii, ani sposobów, jak rozwiązać mój “problem”. Dostałam zrozumienie. Rozpoczął się proces otwierania na siebie.
Uczyłam się, jak decydować tak, jak czuję, że chcę zadecydować. Mówić to, co uważam, że myślę, a nie to, co należy myśleć w danej roli. Zrozumieć, czego pragnę i sięgnąć po to, z uważnością i wglądem w siebie. To był początek. Zanurzałam się w proces samoświadomości. W pracę na całe życie, jaką jest poznanie siebie, bycie sobą i stanowienie o sobie. Zweryfikowałam siebie od fundamentów. Nazwałam to, co wypierałam i to, co wydawało się konieczne do wyparcia. Poznałam się ze sobą. Polubiłam. Miłość przyszła później.

Wypracowałam z pełną akceptacją tego, co jest, to, na czym mi zależało. Nie poznałam cudownej metody na układanie sobie życia tak, żeby było piękne. Jestem w procesie. Wykonuję tę pracę każdego dnia, pamiętając o dziewczynie, którą byłam w przeszłości. Nie wstydzę się za nią. Współczuję jej i wiem, w jaki sposób mogłabym z nią rozmawiać, żeby pomóc jej znacznie wcześniej.

Świadome bycie tu i teraz daje mi wolność, w formie niedostępnej dla niczego innego. Jest źródłem siły i determinacji, które trzeba podsycać ciągłą pracą.

Warto. Dla wolności, którą ma się na własność.